Moto Edge 30 Neo
Categories: Recenzje gier

Recenzja Sonic Frontiers: Jeż na wolności

Dziś porozmawiamy o nowej grze Sonic Frontiers. Na początek powiem, że Seria Sonic jest chyba najdziwniejsza i najtrudniejsza do wyjaśnienia, przynajmniej dla mnie. Wśród dziennikarzy i graczy od dawna panuje opinia, że ​​od połowy lat dziewięćdziesiątych te gry nie były dobre, ale mimo to cały czas pojawia się nowe, które zdobywają średnie lub nawet niskie oceny. Ale ludzie nadal je kupują. Ostatnio, odbyła się premiera drugiego filmu, który jest oparty na motywach znanej gry – i znowu mamy kolejny sukces. Może dlatego, że Sonic ma tak fenomenalny wygląd. Może to kwestia nostalgii, bo kiedyś to Sonic, a nie Mario, był główną gwiazdą świata gier wideo.

Sega można pozazdrościć: posiada tytuł, który jest dosłownie „too big fail”, to znaczy, bez względu na to, co z nim robisz, będzie generować „hype”. Zaufaj mi, jeśli gry takie jak Sonic Boom: Rise of Lyric i Sonic And The Black Knight nie zniwelowały serię, to nic ją nie zniszczy.

Dobra, mam przed sobą inne zadanie – opowiedzieć wam coś o Sonic Frontiers. Wierzcie lub nie, ale jest to główna premiera przyszłej jesieni.

Można powiedzieć, że gry Sonic są zarówno różne, jak i podobne. Było wiele eksperymentów, ale najczęściej nie były one na tyle odważne, aby zrobić znaczącą przemianę. Z kolei Sonic Frontiers przynosi fundamentalne zmiany. Tak, nasz jeż robi wszystko to samo, ale teraz w otwartym świecie. Otwarty świat niekoniecznie sprawia, że ​​gry są lepsze, ale fajnie dowiedzieć się, jak Sonic poradzi sobie w świecie bez wyraźnych granic.

Czytaj też: Recenzja Factorio на Nintendo Switch — Jakoś to działa

Sonic Team zrobił wszystko, aby zmodyfikować format. To prawda, że ​​mój sceptycyzm nie zniknął od razu: kiedy po raz pierwszy włączasz Sonic Frontiers, widać wszystkie znane nam momenty: słaba grafika, dziwna historia oraz rozgrywka, w której musisz biegać, zbierać pierścienie i walczyć z wrogami. Potem westchnąłem: tak, to jest Sonic. Pewnie nie dobiegnę do końca.

Sonic Frontiers to dziwna gra. Dotyczy to wszystkiego – od kolejnej głupiej historyjki o tym, jak Doktor Eggman utknął w cyberprzestrzeni, czy Sonic – w alternatywnej rzeczywistości, po problemy techniczne, które można długo wyliczać.

Ta gra bezczelnie ignoruje doświadczenia swoich bardziej szanowanych konkurentów. Producenci inspirowali się najlepszymi grami ostatnich lat – od Super Mario Odyssey po The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Ale jednak, niczego się nie dowiedzieli od nich i Sonic nie ma nawet małego ułamka ich perfekcjonizmu.

Świat Sonic Frontiers podzielony jest na strefy – lub wyspy. Sonic może dowolnie przemieszczać się po tych strefach, ale nie ma tu „prawdziwego” otwartego świata, a ekrany ładowania pojawiają się co kilka minut. Od Zeldy zostały “wypożyczone” spontaniczne łamigłówki, z Mario – struktura wysp i poziomów w alternatywnej rzeczywistości.

Najdziwniejsze jest to, jak producenci umieścili tradycyjne elementy serii na niemal realistycznych krajobrazach – torach, po których jeździ nasz jeż, sprężyny do skoków wzwyż i tak dalej. Z jednej strony jest to zrozumiałe – jaki to Sonic bez zwykłych atrybutów, ale to wszystko kładzie kres wszelkim próbom prawdziwej aktualizacji gry.

Co to za świat, gdzie nad tobą wiszą żelazne szyny? Każda inna platformówka zakryłaby ich elementami otaczającego świata, ale Sonic Team zdecydowało, że i tak ujdzie. Wskazuje to na niesamowitą arogancję twórców, którzy uważali, że zasady nie były dla nich pisane, albo zły gust, albo brak czasu/budżetu.

Porozmawiajmy o plusach. Gra wygląda śmiesznie, ale kiedy już się do niej przyzwyczaisz, nagle zdajesz sobie sprawę, że… granie nie jest nudne! Sterowanie Sonikiem jest łatwe, a bieganie po otwartym świecie to świetna zabawa. Nowość ma przyjemne tempo ze względu na to, że zawsze jest coś do zrobienia – tu jest zagadka, tu jakiś wróg, tu można odkrywać nowe tory. Jest nawet wędkarstwo!

Zmieniły się nie tylko lokalizacje, ale także sposób sterowania Sonikiem. Dysponuje bogatym arsenałem technik walki, więc po raz pierwszy w historii serii, starcie z wrogami nie jest nudne. A sami wrogowie są kreatywni, często zmuszając cię do nietypowego podejścia do bitew i szybkiego podejmowania decyzji. Ponadto pojawiło się drzewko umiejętności, możliwość ulepszania szybkości, siły obrażeń itp., a także szereg dodatkowyh przydatnych przedmiotów.

Wszystko to jest tak nieoczekiwane, że od razu chciałem zamknąć oczy na negatywne momenty. Ale bez względu na to, jak bardzo chwalę nowe pomysły twórców, nie mogę ominąć jednego problemu – obecny design. Sonic Frontiers wygląda jak gra stworzona na PS4 w czasach PS3.

Czytaj także: Recenzja Splatoon 3 Lookout: Nadal najlepsza strzelanka online

Żadnych rzucających się w oczy szczegółów, żadnego ray tracingu ani niczego w tym rodzaju. Światy są płaskie i nijakie: pierwsza wyspa, porośnięta trawą, powinna przedstawiać ruiny starego świata, który został zdominowany przez naturę, ale ten pomysł się nie udał i wyspa okazała się nudna. To dokładne przeciwieństwo The Legend of Zelda: Breath of the Wild z bogatą fauną. Takiego plastikowego (pseudo-)otwartego świata trudno dziś znaleźć.

Oprawa dźwiękowa też nie pomaga – prawie nie słyszałem tak pstrokatego zestawu kompozycji. Kiedy biegasz po świecie, w tle słychać nudne i nieciekawe dźwięki. ale kiedy zaczyna się walka z tytanami (bossami), nagle włącza się muzyka w stylu metalcore. A wirtualnym misjom towarzyszy żywiołowe techno. To szaleństwo. To jest Sonic.

Ale jeśli design światów nie wpływa na rozgrywkę, problemy techniczne już tak, i nie w najlepszy sposób. W szczególności Sonic Frontiers ma niewybaczalną ilość efektu „pop-in”, w którym elementy świata są rysowane w ostatniej sekundzie. Szkoda, gdy na PS5 platforma pojawia się przed nami sekundę przed skokiem. Odległość rysowania jest na najniższym poziomie, a jednocześnie maksimum, co możesz uzyskać z wersji na PS5 / Series X to 1800p 60 fps. Można wybrać 4K przy 30 kl./s, ale wygląda to okropnie (co oznacza, że ​​lepiej w ogóle pominąć wersję na Switcha).

Przeczytaj też: Recenzja Kirby’s Dream Buffet – Nintendo kopiuje, fani się cieszą

To jest rozczarowujące – gra z taką grafiką powinna obsługiwać 120 fps, ale mamy to, co mamy. I można by zaniżać oceny (rozumiem tych, którzy to robią), ale staram się porównywać Sonic Frontiers z innymi grami z serii. W porównaniu nowość wygląda luksusowo. Tak, są usterki i niedociągnięcia, tak, ale gdybym był fanem, chętnie bym to wszystko zaakceptował. Najważniejsze, że seria się rozwija.

Śledź nas na TwitterzeFacebooku i Instagramie.

Podsumowanie

Sonic Frontiers to szaleństwo, niesamowita mieszanka środków stylistycznych, kompozycji muzycznych i technik gry. I jakoś to działa. Gra nie dorównuje arcydziełom Nintendo, ale wydaje się powiewem świeżego powietrza na tle nadętych poprzedników. Najważniejsze, że chce się grać dalej. A jeśli jesteś choć trochę zainteresowany Sonikiem, polecam wypróbować Sonic Frontiers. Chociaż może lepiej poczekać na aktualizację dla zmniejszenia ilości bugów.

Gdzie kupić grę

Czytaj także:

Share
Denis Koshelev

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked*