Serial ” Obcy: Ziemia” otrzymał wiele sprzecznych recenzji, od pozytywnych po ostro krytyczne. Postanowiłem więc podzielić się z Wami moją własną opinią na jego temat.
„Obcy: Ziemia” próbuje zorganizować ślub między ksenomorfem a Piotrusiem Panem w scenerii korporacyjnej dystopii. Rezultatem nie jest eksplozja nowych pomysłów, ale mieszanka Marvela, Disneya i kilku dobrych pomysłów, które grzęzną w bagnie miernej fabuły.
Nie lubię kotów. Dla mnie to chodzący generator piachu, moczu i sierści, który w dodatku ma czelność wyglądać tajemniczo. Wskakujesz na stół podczas śniadania? Nie ma za co. Włos w maśle? Automatycznie. Ta ostentacyjna niezależność, którą fani z jakiegoś powodu nazywają „urokiem”, wygląda jak zimne odrzucenie pod każdym względem. Miłośnicy kotów, którzy z dumą prezentują zadrapania na swoich łapach i tłumaczą to „oznaką miłości”, powinni natychmiast umówić się na wizytę u psychoterapeuty.

W filmach jestem oczywiście psiarzem. No dobra, psiarzem (brzmi jak nowa postać Marvela, ale nieważne). Psy są prawdziwymi bohaterami filmowymi: od mopsa Franka w Facetach w czerni po każdego przypadkowego psa, który ratuje fabułę lepiej niż scenarzyści. Koty, z drugiej strony, są zwykle potrzebne tylko po to, by dodać futro do kadru. I nawet gdy kolejny student szkoły filmowej zaczyna krzyczeć: „Ale co z kotem w Ojcu chrzestnym?”, muszę przypomnieć, że futrzak w Vito Corleone był niczym więcej jak meblem. To znaczy, wybaczcie, „rekwizytem scenicznym”. Tak samo żywym jak odcięta głowa konia w łóżku.
Bracia Coen również nie pomogli kociej reputacji: w Inside Llewyn Davis kot staje się raczej metaforą nieudanej kariery bohatera niż czymś ważnym. A metafora, szczerze mówiąc, jest tak subtelna, że niemal przezroczysta.
Ale głównym kocim memem kina jest oczywiście Jonesy. Rudy kot z Obcego, który cudem przeżył ksenomorfy i trafił nawet do sequela Camerona. W nim, nawiasem mówiąc, „bohatersko” został w domu. Właśnie widzisz, jak scenarzyści wzdychają: „Cóż, nie, nie wyciągniemy tego kudłatego cudu ponownie”. Jednak fani nadal postrzegają go jako maskotkę serii. Naprawdę? Koci duch w horrorze sci-fi? To brzmi jak coś z fan fiction: „Obcy i trzynaście żywotów Jonesy’ego”.
A teraz wyobraź sobie: zamiast uciekać przed zabójcą z kosmosu, Ripley spędza cenne minuty na ratowaniu kota, który, nawiasem mówiąc, nie jest nawet jej. Głupio biegał po Nostromo, czując się panem kosmosu, i łapał myszy. Swoją drogą, myszy w kosmosie? Jak to w ogóle możliwe? Katy Perry przynajmniej miała bilet na „kosmiczne show”.
Nowy serial „Obcy: Ziemia” (ten, który dziwnym trafem spadł na Disney+, jakby ktoś zdecydował: „dodajmy kolejną zawartość do streamingowej puli”) również nie mógł oprzeć się kocim pisankom. Dobra wiadomość jest taka, że teraz futrzak nie jest już głównym bohaterem. Zła wiadomość: powrócił. Na szczęście odgrywa rolę tego, czym zawsze był – mrocznego, nieco przerażającego rekwizytu. Jak Buka z Doliny Muminków, ale z futrem i miauczeniem.
I co za punkt kulminacyjny: kot zombie ciągnący swoje zakrwawione ciało i wykonujący dziwną mieszankę syczenia, miauczenia i mruczenia, jakby próbując nas przekonać: „Nie chcę rozrywać ludzi, chcę tylko ciepła na kolanach”. W tym miejscu serial w końcu staje się jak surrealistyczny mem, gdzie ksenomorf jest tylko tłem, a liczy się główna intryga: „Czy kot zdąży wykonać swój ostatni gówniany quest w kosmosie?”.
To też jest ciekawe: 15 najbardziej niesamowitych obiektów kosmicznych i koncepcji, których nie da się wyjaśnić
TREŚĆ ARTYKUŁU:
Kocia natura na jednym zdjęciu
W filmie „Obcy: Ziemia” mamy nawet kota na pokładzie Maginota, statku korporacji Weyland-Yutani, bo gdzie można się bez niego obejść? To taki prequel do „Nostromo” Ripley i Jonesy’ego, ale zamiast napięcia mamy korporacyjny dramat z elementami bajki dla dzieci.
Sześćdziesiąt pięć lat później Maginot powraca z kosmicznym zoo, które wygląda jak „przedszkole śmierci”. A wszystko to w imię „dalszych badań”. To znaczy, aby zabijać konkurentów jeszcze szybciej i skuteczniej w dążeniu do planetarnej dominacji. W świecie przyszłości nie ma już rządów, są tylko korporacje. Świetna reklama przyszłości: zamiast biurokracji mamy despotyzm z logo.

Seria filmów o Obcym zawsze była krytyką korporacyjnego pasożytnictwa. Na Nostromo Scotta wszyscy nie tyle eksplorują, co zmęczeni mruczą „nienawidzę tej pracy” i „dajcie mi podwyżkę”. To nie kosmiczna przygoda, to nocna zmiana w fabryce. Cameron dodał cień Wietnamu, a Fincher dodał AIDS, izolację i piętno społeczne. Każdy z reżyserów wniósł swoją własną chorobę epoki.
I wreszcie „Obcy: Ziemia”. Zamiast tajemniczych korporacji w cieniu, dostajemy pełnoetatowe korporacje z otwartymi twarzami. A jeśli wcześniej byliśmy uciskani przez pośredników, teraz poznajemy samych oligarchów – takich jak Prodigy. Ich głowy to po prostu kolekcja Instagrama z ikonami „najgorszych ludzi na świecie”.
Piotruś Pan (tak, serio!), grany przez najmłodszego trylionera, Boya Cavalliera, mieszka na wyspie Nibylandii. Disney po prostu reklamuje się we własnym serialu – poziom meta-cynizmu jest tu taki, że nawet ksenomorfy się rumienią. Cavallier to koktajl Elona Muska, Marka Zuckerberga i odrobiny Romana Roya ze Spadkobierców. W swoich bosych stopach pokazuje światu, że „jestem tak bogaty, że moje stopy mogą śmierdzieć na stole negocjacyjnym”.

Dzieci mają tu osobny „urok”. Ich rodzice porzucają je, po czym zamieniają się w cybernetyczne hybrydy z dziecięcym mózgiem i wspomnieniami z dawnego życia. To skrzyżowanie Big (z Tomem Hanksem) z Marvelem. W efekcie mamy nastoletnich superbohaterów, którzy fizycznie są w stanie złamać każdego, ale nadal histeryzują jak na szkolnym balu.

„Maginot” ostatecznie rozbija się o wieżowiec (no, żeby było nawiązanie do 9/11, bo subtelność jest dla słabeuszy). Wtedy Cavallier wysyła swoich Zagubionych Chłopców na miejsce katastrofy. Tam poznajemy Morrowa, cyborga z Weyland-Yutani, który z jakiegoś powodu nagle staje się najciekawszą postacią w całej serii, oraz Pustelnika, lekarza, którego można opisać jako „nikt”.
Wszystko to jest nakręcone w stylu Marvel-lite: supermoce, szybkość, alternatywne rzeczywistości, poczucie, że w każdej chwili Doctor Strange wyjdzie z portalu. I najważniejsze pytanie: skoro cała ta trupa cyrkowa istniała przed Nostromo, to jakim cudem Ripley nic o nich nie wiedziała? Odpowiedź jest prosta: scenarzyści wiedzieli, że logika jest dla nerdów, a tu mamy blockbuster.

Syntetyki? W serialu wyglądają tak bezbarwnie, że nawet Oliphant z farbowanymi włosami gra… Oliphanta. Porównywanie ich do Davida z Prometeusza to jak porównywanie lampy z IKEA do witrażu w katedrze.
Wizualnie Alien: Ziemia zamienia mroczny, śliski, klaustrofobiczny świat Nostromo w sterylny salon wystawowy IKEA. Tam, gdzie wcześniej było napięcie i zimny pot, teraz jest laminowana podłoga, biały połysk i rozpryski krwi, które wyglądają jak abstrakcyjny obraz Pollocka.
A oto kulminacja: trzeci odcinek. Wreszcie próbuje być Obcym, jakim jest, przywracając do gry zwykłych śmiertelników. Mechaników, biologów, pilotów, którzy pracują za marne grosze i przenoszą śmiercionośne potwory nie z miłości do nauki, ale dlatego, że stworzyła je korporacja. I dopiero tutaj seria zaczyna oddychać, pokazując ksenomorfa w całej okazałości. Kiedy jednak dociera na Ziemię, jego moc rozpływa się w śnieżnobiałych laboratoriach i wygląda bardziej jak manekin w centrum wystawienniczym.
Mamy więc mieszankę Piotrusia Pana, Marvela, Disneya i kilku ksenomorfów na dokładkę. Seria Alien wygląda tutaj bardziej jak impreza firmowa z kiepskimi żartami niż horror.
Przeczytaj także: Wi-Fi 8: Wszystko, co musisz wiedzieć o nowym standardzie sieci bezprzewodowej
To nie jest serial, który chcesz oglądać
Oczywiście trzeci odcinek to swego rodzaju ukłon w stronę Ridleya Scotta. W stylu „patrzcie, my też umiemy zrobić trzymający w napięciu horror, a nie tylko bawić się w Marvela z ksenomorfami w tle”. I wygląda na to, że dokładnie taki był pierwotny zamysł. W końcu do pracy nad projektem został wezwany Noah Hawley, pierwszy hollywoodzki copywriter, który wie, jak stworzyć klimat z cudzego klasyka i przypisać sobie za to zasługi. W 2014 roku przerobił on już Fargo braci Coen na serial, w którym duch oryginału niby jest, ale fabuła to coś zupełnie innego. Przepakował nawet postać Marge Gunderson: z Frances McDormand w filmie do Allison Tolman w serialu. Teraz bawi się Alienem w ten sam sposób: nie kopiuje go, wyciska atmosferę, pozostawiając kości scenariusza na później.

Ale główne pytanie pozostaje jego ulubionym: czy ksenomorf jest po prostu najpiękniejszą maszyną do zabijania w historii kina? A może jest filozoficznym symbolem ludzkiej desperacji, by przetrwać? Dziękujemy, Noah, sami nigdy byśmy na to nie wpadli. Wygląda na to, że autor zachowuje tę „rewelację” na dwa ostatnie odcinki, których jeszcze nie widziałem, albo nawet na drugi sezon, żebyśmy wcześniej nie uciekli.
FX oczywiście chce powtórzyć sukces zeszłorocznego „Shoguna” z budżetem 250 milionów dolarów. „Obcy: Earth” kosztował podobno jeszcze więcej, ale kwota jest straszną tajemnicą. Prawdopodobnie po to, byśmy nie policzyli, ile milionów wydano na sfilmowanie sterylnych laboratoriów, które wyglądają jak salon IKEA.

Oczywiście lubię wciągać nosem błoto, ale nie należę do tych, którzy krzyczą: „Zamknijcie wszystko po pierwszym sezonie!”. Inaczej nie doczekalibyśmy się wielu hitów. Mam jednak szczerą nadzieję, że Noah Hawley przestanie bawić się w korporacyjną bajkę z Piotrusiem Panem i odnajdzie w sobie trochę mrocznej energii, która sprawiła, że oryginalny Alien stał się kultowym ulubieńcem. Mrok jest w ludziach, cyborgach, a nawet ksenomorfach.
A kot… On już zabił kota. Cóż, miejmy nadzieję, że to dopiero początek masowych ofiar na ołtarzu kreatywności.
Również interesujące:
