Root NationGryRecenzje gierRecenzja Rhythm Heaven Groove: Ostatnia wielka gra na Switcha, której nikt się nie spodziewał

Recenzja Rhythm Heaven Groove: Ostatnia wielka gra na Switcha, której nikt się nie spodziewał

Denis KoshelevDenis Koshelev

Dziesięć lat. Tyle kazano nam czekać na grę, w której w rytm popowej piosenki wyrywa się włoski z cebuli. No i się doczekaliśmy – Rhythm Heaven Groove wyszło 2 lipca, pierwsza nowa odsłona najdziwniejszej muzycznej serii Nintendo od 2016 roku. A według własnego kalendarza Nintendo to również ostatnia własna produkcja, jaką dostanie oryginalny Switch. Dziwny akord na zakończenie generacji. Ale, powiem od razu, trafiony.

Jeśli nigdy nie mieliście z tą serią do czynienia, zasada jest banalna i lekko szurnięta. Tsunku – tak, ten sam gość od Morning Musume, który komponuje muzykę do Rhythm Heaven od 2006 roku, kiedy seria startowała jako Rhythm Tengoku na Game Boy Advance – pisze kawałki wbijające się do głowy jak natrętna reklama, Ko Takeuchi rysuje do nich celowo „byle jakie” kreskówki, a ty naciskasz jeden przycisk do rytmu, podczas gdy kulturysta odbija owoce od bicepsów, a fabryczny robot oddziela dobry budyń od złego, żywego budyniu. Gra się w to jak w WarioWare przerobione na grę rytmiczną, a całość ma w sobie ten klimat, jakby ekipa przemyciła to wszystko, kiedy szef akurat wyszedł na kawę. Każda minigierka zaczyna się od krótkiej rundy treningowej, żeby wbić ci schemat do głowy, a potem rzuca cię na prawdziwy „występ”, gdzie komendy siadają na przycisku A, a w trudniejszych etapach dochodzi jeszcze jeden z kierunków krzyżaka. W jednej z wcześniejszych gierek – kaskaderskim wyścigu – A przyspiesza, a D-pad w dół hamuje, więc musisz między nimi przeskakiwać, żeby nie wypaść z szyku innych aut.

Rhythm Heaven Groove

Sercem zabawy dalej są etapy Remix. Uczysz się czterech niepowiązanych minigierek, wspinając się po wieży, a potem gra zszywa je w jeden numer – czasem płynnie przechodząc z jednej w drugą w połowie taktu, żeby ci pokazać, że przez cały czas, nieświadomie, trzymałeś to samo tempo. To sztuczka magiczna i Groove wyciąga ją osiem razy w kampanii solo. Finał „strony A”, czyli Remix 8, śpiewa Ado – głos Uty z One Piece Film: Red – w kawałku „Love me forever!”, napisanym specjalnie dla niej przez Tsunku i wrzuconym na streaming dzień po premierze, bez żadnej zapowiedzi, jak grom z jasnego nieba. Sama Ado potwierdziła to na social mediach, używając honoryfikatu, którego używa tylko wobec ludzi, których naprawdę szanuje. Na innym kawałku zahacza Yui Sakurai z FRUITS ZIPPER. Sam finałowy remix, który następuje potem, wypada trochę bledziej niż poprzedzający go numer Ado – dziwny wybór kolejności jak na właściwe zwieńczenie gry – ale jako kawałek popowego songwritingu wszyty w mechanikę gry, Remix 8 to moment, w którym Groove samo w sobie usprawiedliwia dziesięć lat czekania.

Tryb wieloosobowy, obsługujący do czterech graczy lokalnie (bez sieci – więc albo ogarniacie żywych ludzi, albo boty dopełniają skład), wypada równie mocno co kampania solo, a chwilami jest po prostu śmieszniejszy. Jedna gra o zwalczaniu wirusów każe wam z kumplami rotować przez cztery ćwiartki obrony, przypinając nadlatujące zarazki z milisekundową precyzją. Inna, tenisowa, udaje RPG-a – odbijacie piłki, żeby pokonać potwory i uratować księcia. Cake Wait to dokładnie to, co sugeruje nazwa: wszyscy czekają, czekają, czekają, aż wybije równo trzecia, i wtedy rzucają się na jedyny kawałek ciasta na stole. Jest też gra w stylu Arkanoida, gdzie ścigacie się, kto pierwszy zdetonuje bombę, oraz gra w pamięć, w której zamiast obrazków dopasowujecie rytmy wybijane przez rząd tupiących nóżkami kurczaków. Taki chaos potrafi zamienić kanapę w imprezę w mniej niż dwie minuty.

Rhythm Heaven Groove

Nie wszystko wychodzi. Beatspell, nowy tryb RPG, w którym łączycie naciśnięcia przycisków w zaklęcia rzucane na potwory, to jedyny eksperyment, który do końca się nie udał. Pomysł jest sprytny – timing zamienia się w atak, obronę i leczenie, a między walkami możecie czytać opcjonalną fabułę – ale kolejne rozdziały odblokowuje się medalami zdobywanymi gdzie indziej w grze, a sam chwyt nudzi się szybciej, niż powinien. Nowe zaklęcia niewiele pomagają na powtarzalność. Bardziej przypomina to prototyp większej, samodzielnej gry niż w pełni dopracowany tryb – co jednak nie powstrzymało zaangażowanych graczy przed dobiciem go do pełnych pięciu gwiazdek, a pierwsze przejścia bez pudła krążyły w sieci już kilka dni po premierze.

Menu też wygląda dziwnie niedokończone jak na grę tak dopracowaną pod każdym innym względem – zastrzeżenie, które znika, gdy tylko włączy się muzyka. Prawdziwe ostrzeżenie jest techniczne: granie na telewizorze wprowadza input lag, którego nawet wbudowana procedura kalibracji do końca nie usuwa. Gierki opanowane do perfekcji w trybie przenośnym nagle robią się niegrywalne na dużym ekranie z Pro Controllerem, a komendy na krzyżaku nie są mapowane spójnie między minigierkami, więc wracając do etapu Remix po przerwie, trzeba czasem na nowo metodą prób i błędów uczyć się, który kierunek co robi. Grajcie w handheldzie albo na stoliku, jeśli macie taką możliwość. Plusem jest to, że każdy sygnał w grze jest zarówno wizualny, jak i dźwiękowy, więc naprawdę da się w to grać z zamkniętymi oczami – Nintendo dorzuciło narratorkę imieniem Li’l Miss Reeds, która czyta cały interfejs na głos dla osób niewidomych, z opcją wyłączenia jej, jeśli nie jest potrzebna.

Rhythm Heaven Groove

Jeśli chodzi o cenę, Nintendo poszło wbrew własnym instynktom. Rhythm Heaven Groove wystartowało za 39,99 dolara – wyraźnie poniżej standardowego przedziału 59,99–79,99 dolara dla własnej produkcji na Switcha – zarówno w wersji cyfrowej, jak i pudełkowej. Darmowe demo startowe – pięć gierek solo i jedna multiplayerowa z wyrywaniem włosków z cebuli – wisiało na eShopie od 22 czerwca, a postęp z niego przenosi się prosto do pełnej wersji, więc naprawdę nie ma powodu kupować w ciemno. Gra działa też na Switchu 2 dzięki kompatybilności wstecznej, bez żadnej osobnej edycji, i jest pierwszą odsłoną Rhythm Heaven wydaną na Tajwanie i w Hongkongu, z nowymi oficjalnymi lokalizacjami holenderską, portugalską oraz chińską (tradycyjną i uproszczoną) obok zwykłego zestawu języków.

Licząc wszystko razem, gra zdążyła już zająć stałe miejsce w najbardziej zaangażowanych zakątkach YouTube’a, gdzie gracze dawno przeszli od zwykłego ukończenia etapów do „Rainbow Perfect”: trzy bezbłędne przejścia piosenki z rzędu, a potem czwarte całkowicie bez wskazówek wizualnych na ekranie, wyłącznie ze słuchu. Takie oddanie gra zdobywa tylko wtedy, kiedy leżący u jej podstaw rytm jest naprawdę szczelnie zaprojektowany – a u Groove właśnie taki jest.

Rhythm Heaven Groove

Werdykt

Rhythm Heaven Groove to prawdziwa gra najwyższej klasy w cenie budżetówki, i już samo to połączenie wystarczy, żeby polecać ją bez wahania. Rdzeń rozgrywki – ponad 80 minigierek solo i ponad 30 wieloosobowych, wszystkie zbudowane wokół songwritingu Tsunku – jest równie ostry jak zawsze w tej serii, etapy Remix pozostają jednym z najsprytniejszych trików w grach muzycznych, a sama współpraca z Ado jest warta ceny biletu dla każdego, kto choć trochę interesuje się japońskim popem. Beatspell to jedyny eksperyment, który do końca się nie udał, a graczom na telewizorze trzeba od razu powiedzieć wprost o problemach z lagiem. Żadne z tych zastrzeżeń nie zbliża się nawet do bycia powodem, żeby odpuścić. Jeśli macie Switcha, ściągnijcie darmowe demo, a jeśli rytm choć trochę was złapie – kupujcie. Nie znajdziecie w tym roku na konsoli bardziej czystej radości za mniej niż czterdzieści dolarów.

OCENY WEDŁUG SEKCJI
Prezentacja
9
Dźwięk
9
Grafika
7
Rozgrywka
8
Rhythm Heaven Groove to prawdziwa gra najwyższej klasy w cenie budżetówki, i już samo to połączenie wystarczy, żeby polecać ją bez wahania. Rdzeń rozgrywki – ponad 80 minigierek solo i ponad 30 wieloosobowych, wszystkie zbudowane wokół songwritingu Tsunku – jest równie ostry jak zawsze w tej serii, etapy Remix pozostają jednym z najsprytniejszych trików w grach muzycznych, a sama współpraca z Ado jest warta ceny biletu dla każdego, kto choć trochę interesuje się japońskim popem. Beatspell to jedyny eksperyment, który do końca się nie udał, a graczom na telewizorze trzeba od razu powiedzieć wprost o problemach z lagiem. Żadne z tych zastrzeżeń nie zbliża się nawet do bycia powodem, żeby odpuścić. Jeśli macie Switcha, ściągnijcie darmowe demo, a jeśli rytm choć trochę was złapie – kupujcie. Nie znajdziecie w tym roku na konsoli bardziej czystej radości za mniej niż czterdzieści dolarów.
Denis Koshelev
Denis Koshelev
Recenzent technologii, dziennikarz gier, entuzjasta Web 1.0. Od ponad dziesięciu lat piszę o technologii.
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Comments
Najnowsze
NajstarszeNajwięcej głosów
Rhythm Heaven Groove to prawdziwa gra najwyższej klasy w cenie budżetówki, i już samo to połączenie wystarczy, żeby polecać ją bez wahania. Rdzeń rozgrywki – ponad 80 minigierek solo i ponad 30 wieloosobowych, wszystkie zbudowane wokół songwritingu Tsunku – jest równie ostry jak zawsze w tej serii, etapy Remix pozostają jednym z najsprytniejszych trików w grach muzycznych, a sama współpraca z Ado jest warta ceny biletu dla każdego, kto choć trochę interesuje się japońskim popem. Beatspell to jedyny eksperyment, który do końca się nie udał, a graczom na telewizorze trzeba od razu powiedzieć wprost o problemach z lagiem. Żadne z tych zastrzeżeń nie zbliża się nawet do bycia powodem, żeby odpuścić. Jeśli macie Switcha, ściągnijcie darmowe demo, a jeśli rytm choć trochę was złapie – kupujcie. Nie znajdziecie w tym roku na konsoli bardziej czystej radości za mniej niż czterdzieści dolarów.Recenzja Rhythm Heaven Groove: Ostatnia wielka gra na Switcha, której nikt się nie spodziewał