Tomodachi Life: Living the Dream to chaotyczny, pomysłowy symulator życia, który z powodzeniem przenosi charakterystyczną, nieco dziwaczną magię Nintendo na Switcha. Premiera przynosi nie tylko odświeżenie kultowego klasyka, ale też jego wyraźną modernizację – większą inkluzywność oraz jeszcze śmielsze podejście do humoru spod znaku czystego absurdu, momentami zahaczającego wręcz o dadaizm.
To gra, która działa trochę jak osobliwy, bardzo osobisty symulator cywilizacji, a jednocześnie nie próbuje udawać, że ma jakikolwiek sens w tradycyjnym rozumieniu. Wręcz przeciwnie – w pełni celebruje irracjonalność. Wrzucanie do jednego świata zupełnie niepasujących do siebie postaci – ulubionych bohaterów fikcyjnych i członków własnej rodziny – i obserwowanie ich w kompletnie nonsensownych sytuacjach tworzy coś na kształt interaktywnego projektu artystycznego. Jest w tym coś z dadaizmu: gra nie tłumaczy swojego chaosu, nie próbuje go porządkować, tylko oddaje graczowi przestrzeń pełną sprzeczności, która o dziwo potrafi złożyć się w doświadczenie zaskakująco autentyczne emocjonalnie. Cała zabawa opiera się na nieprzewidywalności – nigdy nie wiadomo, co twoje cyfrowe alter ego wymyślą za chwilę.

Sercem tej produkcji jest kreator postaci, czyli rozbudowany Mii Maker, który pozwala bardzo precyzyjnie oddać charakter dowolnej osoby. Każda postać dostaje jeden z szesnastu typów osobowości – od zdystansowanego perfekcjonisty po bardziej impulsywne warianty – oraz syntetyczny głos, który odczytuje wpisane przez gracza kwestie, często brzmiące równie absurdalnie, co same sytuacje w grze. Nintendo w końcu dotrzymało też obietnicy sprzed lat i wprowadziło większą inkluzywność: można wybrać preferowane zaimki, określić preferencje romantyczne, a nawet ustawić istniejące relacje między postaciami. To ostatnie rozwiązanie sprytnie zapobiega niezręcznym sytuacjom, w których członkowie rodziny zaczynają tworzyć związki w tej cyfrowej rzeczywistości.
Akcja gry przenosi się do rozległego, nadmorskiego miasteczka, które może zamieszkiwać jednocześnie nawet 70 Mii, każdy we własnym domu. To spora zmiana względem wcześniejszych odsłon, gdzie wszyscy byli stłoczeni w jednym budynku – tutaj przestrzeń przypomina raczej surrealistyczną wizję architekta niż klasyczne przedmieścia. Jedną z ciekawszych nowości jest system współlokatorów, pozwalający rozbudować domy tak, by mieszkało w nich nawet osiem postaci. W praktyce prowadzi to do nieustannego, lekkiego chaosu: zupełnie różne osobowości zderzają się ze sobą, tworzą więzi albo spontanicznie urządzają muzyczne występy w dość ciasnych warunkach.

Jako zarządca tej cyfrowej „wyspy lalek” wcielamy się w coś na kształt opiekuna i doradcy życiowego dla naszych ekscentrycznych mieszkańców – i gra w pełni zdaje sobie sprawę z absurdalności tej roli. Każdy Mii zmaga się z własnymi problemami, od błahych dylematów modowych po bardziej złożone konflikty interpersonalne, a naszym zadaniem jest ich ubierać, karmić i pomagać im ogarniać codzienność. Najciekawsze jest napięcie między ogromną kontrolą, jaką mamy nad światem gry, a nieprzewidywalnością samych postaci – możemy wpływać na relacje i otoczenie niemal co do detalu, ale i tak regularnie robią coś, czego kompletnie się nie spodziewamy. To właśnie ta równowaga sprawia, że gra przestaje być zwykłym symulatorem i zamienia się w coś na kształt interaktywnej telenoweli zanurzonej w czystym absurdzie.
To także produkcja, która aż prosi się o dzielenie się doświadczeniami z innymi, bo najlepsze momenty rodzą się z tych drobnych, dziwacznych historii, jakie tworzą nasze Mii. W praktyce działa jak generator humoru, który sam produkuje „viralowe” sytuacje. Szkoda tylko, że ograniczenia online trochę to psują – udostępnianie obrazków czy postaci jest bardziej toporne, niż można by oczekiwać po współczesnej grze. Mimo to frajda z ingerowania w romantyczne dramaty i dzielenia się ich efektami ze znajomymi – choćby przez screeny i opowieści – nadal robi robotę.

Nie obyło się też bez kilku drobnych zgrzytów. Brakuje wyraźniejszego rozróżnienia wizualnego między dziećmi a dorosłymi Mii, co czasem wybija z immersji, zwłaszcza że gra mocno opiera się na emocjonalnym zaangażowaniu w postaci. Przy dłuższych sesjach może też dać się we znaki pewna powtarzalność codziennych czynności – karmienie, ubieranie i rozwiązywanie problemów zaczynają tworzyć pętlę, której brakuje większego urozmaicenia. To jednak raczej drobne niedoskonałości niż poważne wady.

Werdykt
Living the Dream to solidna kontynuacja, która daje fanom dokładnie to, na co czekali od ponad dekady. Gra pojawia się mniej więcej 12 lat po tym, jak seria zdobyła status kultowej, i przynosi potrzebne odświeżenie zarówno pod względem wizualnym, jak i mechanicznym, jednocześnie zachowując ten specyficzny urok, który ją wyróżniał. Wydana u schyłku generacji, stanowi jedną z ostatnich dużych premier na oryginalnego Switcha, a przy tym działa w pełni na Switchu 2. To wciąż ta sama, niepodrabialna magia Nintendo – dziwaczna, urocza, trochę chaotyczna i zaskakująco wciągająca, nawet po tylu latach.
