Przyznam szczerze: od samego początku Pragmata kompletnie mnie nie przekonywała. Trailery sprawiały wrażenie chaotycznych, gameplay wyglądał nijako, a przewijająca się w nich urocza dziewczynka-android wywoływała u mnie raczej irytację niż zainteresowanie. Kiedy jednak gra w końcu zadebiutowała, nagle zaczęła zbierać świetne opinie wśród znajomych – jeden przez drugiego polecali mi ją z zaskakującym entuzjazmem. No i dałem się skusić.
I powiem od razu, bez zbędnego budowania napięcia – to była dobra decyzja. Pragmata wciąga od pierwszych minut i robi to z zaskakującą łatwością. Sam setting, czyli Księżyc z opuszczoną bazą bezdusznej korporacji, zamieszkaną niemal wyłącznie przez zabójcze roboty, nie brzmi może szczególnie odkrywczo, ale im dłużej się gra, tym bardziej zaczyna to wszystko „klikać” i nabierać charakteru.

Fabuła kręci się wokół Hugh – zmęczonego życiem, lekko zrzędliwego żołnierza korporacyjnego, wysłanego na Księżyc, by zbadać sygnał alarmowy z tamtejszej bazy. Korporacja zdążyła już urządzić się tam na dobre, budując coś na kształt całego miasta dzięki zaawansowanej technologii kosmicznej drukarki 3D, która potrafi stworzyć dosłownie wszystko – od rakiet po humanoidalne androidy. I właśnie jeden z takich androidów, Diana, staje się osią całej historii. Kojarzycie ją na pewno z materiałów promocyjnych – przesadnie urocza, aż do bólu, ewidentnie zaprojektowana tak, żeby sprzedać grę i przy okazji, kto wie, może rozwiązać kryzys demograficzny Japonii.
Ja akurat należę do tej mniejszości, na którą jej urok nie działa. Nie przepadam ani za dziećmi, ani za cukierkowymi robotami, więc początkowo byłem do niej nastawiony raczej chłodno. Jeśli jednak macie podobnie – nie skreślajcie gry z tego powodu. Bo choć Diana jest głównym „magnesem marketingowym”, Pragmata ma do zaoferowania znacznie więcej. Na tyle dużo, że już teraz łapię się na tym, że zaczynam ją rozważać jako jednego z kandydatów do gry roku. Wiem, brzmi wcześnie – ale nie co dzień trafia się coś tak świeżego.

I właśnie „świeżość” to słowo, które ciśnie się na usta raz za razem. W czasach, gdy wiele wysokobudżetowych produkcji zlewa się w jedną masę, Capcom zrobił coś, na co niewielu się dziś odważa – postawił na oryginalny projekt, który nie opiera się ani na znanej marce, ani na aktualnych trendach. Nie ma tu otwartego świata, nie ma naleciałości soulslike’owych, nie ma też innych modnych dodatków. To gra, która od początku do końca sprawia wrażenie stworzonej z potrzeby zrobienia czegoś nowego. I naprawdę czuć w niej tę deweloperską energię i ekscytację. Pytanie tylko – jakim cudem coś takiego wychodzi w 2026 roku?
Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to po prostu kolejny shooter. Hugh ma do dyspozycji solidny arsenał futurystycznej broni – pistolety, karabiny, strzelby i całą resztę. Tyle że strzelanie to tylko połowa zabawy. Kluczową rolę odgrywa Diana, która wspiera go swoimi zdolnościami hakerskimi. W praktyce oznacza to, że Pragmata działa jak coś na pograniczu shootera i gry logicznej. Hugh sam niewiele zdziała – dopiero współpraca z Dianą, polegająca na rozwiązywaniu krótkich łamigłówek osłabiających przeciwników, pozwala skutecznie walczyć. Brzmi dziwnie? Bo jest – i właśnie w tym tkwi jej siła. Co ciekawe, choć zazwyczaj nie przepadam za zagadkami, tutaj zostały wyważone niemal idealnie: ani nie frustrują, ani nie nudzą. Każde starcie zmusza do myślenia na dwóch poziomach jednocześnie, co daje naprawdę satysfakcjonujący efekt.

Ogromne wrażenie robi też projekt poziomów. Capcom stworzył księżycowy świat, który nieustannie się zmienia i zaskakuje. Po trailerach można było odnieść wrażenie, że to głównie klaustrofobiczne korytarze sci-fi, ale w praktyce gra regularnie wyciąga nowe asy z rękawa. Dzięki wszechmocnej drukarce 3D twórcy mogli pozwolić sobie na totalne szaleństwo – w pewnym momencie trafiamy na wiernie odtworzony fragment Nowego Jorku i robi to naprawdę piorunujące wrażenie. Rzadko używam takich określeń, ale tutaj trudno o inne.
Paradoksalnie, najsłabszym elementem okazuje się to, co było najmocniej eksponowane w marketingu, czyli relacja Hugh i Diany. I mówię to jako ktoś, kto zwykle nie daje się łatwo złapać na tego typu emocjonalne zagrywki. Problem w tym, że ta relacja rozwija się zbyt szybko i zbyt wygodnie. Hugh niemal od razu zaczyna traktować Dianę jak własne dziecko, kompletnie ignorując fakt, że to jednak maszyna. Brakuje tu tego procesu budowania więzi, który sprawia, że takie relacje wydają się wiarygodne.

Dla porównania – w The Last of Us relacja Joela i Ellie rozwijała się stopniowo, przez wspólne doświadczenia i konflikty. Tutaj wszystko dzieje się jakby na skróty. Gdyby twórcy dorzucili jakiś wyraźny punkt oporu – choćby nieufność Hugh wobec sztucznej inteligencji – efekt byłby znacznie mocniejszy. A tak dostajemy coś trochę zbyt wygładzonego i przewidywalnego. Nie jest to katastrofa, ale na tle reszty gry wyraźnie odstaje.
Na szczęście poza tym trudno się do czegokolwiek poważnie przyczepić. Technicznie gra stoi na bardzo wysokim poziomie – na Xbox Series X działa płynnie w 60 klatkach na sekundę i wygląda świetnie. Oprawa dźwiękowa również trzyma poziom: aktorzy głosowi spisali się znakomicie, a muzyka dobrze buduje klimat. Do tego dochodzi świetne tempo rozgrywki – dzięki bazie wypadowej Hugh i Diany gra naturalnie dzieli się na krótsze segmenty, które nie męczą i nie przeciągają się.

Każda wyprawa trwa mniej więcej 20 minut, po czym wracamy, ulepszamy sprzęt i ruszamy dalej. Balans trudności jest bardzo dobrze wyważony – ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że gra jest niesprawiedliwa czy zbyt prosta. Do tego dochodzą sekrety, ukryte przejścia i dodatkowe wyzwania dla bardziej wymagających graczy. To po prostu solidnie zaprojektowana produkcja, którą aż chce się stawiać za wzór.
Nie chcę rozkładać Pragmata na czynniki pierwsze, bo to jedna z tych gier, które najlepiej odkrywać samemu. Powiem tylko tyle: jestem w stanie wybaczyć jej sporo, bo w dzisiejszych realiach to prawdziwy powiew świeżości. Branża rzadko serwuje coś naprawdę oryginalnego, a tutaj mamy przykład, że wciąż się da.

Werdykt
Pragmata to gra, w której niemal wszystko działa tak, jak powinno. Oryginalny, świetnie przemyślany gameplay idzie w parze z dopracowaną oprawą audiowizualną i bardzo dobrą optymalizacją. Fabuła nieco niedomaga, ale nie psuje ogólnego wrażenia. Zdecydowanie warto zagrać.

