Donkey Kong Bananza było grą, która dosłownie wstrząsnęła systemem – w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nintendo stworzyło prawdziwy majstersztyk pod względem „game feelu”, grę, w której destrukcja nie była tylko efektem specjalnym, ale pełnoprawnym językiem zabawy. Samo uczucie pędu, rozpędzonego DK rozwalającego i surfującego po perfekcyjnie zaprojektowanych, w pełni niszczalnych światach, sprawiło, że ten tytuł stał się jednym z głównych kandydatów do gry roku. Spędziłem w nim ponad sto godzin, testując fizykę i możliwości tego szalonego piaskownicowego placu zabaw. Dlatego gdy Nintendo ogłosiło dodatek DK Island & Emerald Rush tuż po premierze, radość mieszała się ze zdrowym sceptycyzmem. Cena 19,99 dolarów rodziła pytanie: czy to po prostu „więcej Bananzy”, czy też pełnoprawny, wart swojej ceny epilog?

Pierwsza połowa dodatku, DK Island, to czysty, nieprzetworzony strzał nostalgii. Dla każdego, kto dorastał z rodziną Kongów, ta nowa lokacja to prawdziwa uczta. To miłosne odtworzenie klasycznego domu Donkey Konga, inspirowane przede wszystkim wersją z Donkey Kong 64, ale pełne smaczków z innych odsłon. Na horyzoncie widać wrak pirackiego statku K. Roola, można odbić się od skał w kształcie bongosów z Donkey Konga, a w chacie DK da się dostrzec plakat z Candy Kong. To urocza wirtualna diorama, swoiste miejsce odpoczynku, gdzie można nacieszyć się historią serii… zanim, oczywiście, wszystko rozwalisz na kawałki.
Problem w tym, że klimat to nie to samo co treść. Sama wyspa jest dość mała, spokojna, z niewielką liczbą przeciwników i – co gorsza – bez żadnych nowych kolekcjonerskich znajdziek w stylu Banandium Gems czy skamielin z podstawki. Całość sprawia wrażenie raczej bonusowego dodatku po ukończeniu gry niż fundamentu płatnego DLC. Niektórzy słusznie zauważają, że lepiej by się to sprawdziło jako darmowa aktualizacja niż jako połowa płatnego rozszerzenia.

Druga część, Emerald Rush, to zupełnie inna historia. To tutaj dodatek pokazuje pazur, przekształcając Bananzę w rasowego roguelike’a. Założenie jest proste: złoczyńca Void Kong zatrudnia DK do pomocy w wydobyciu szmaragdów – trzeba zebrać określoną ich liczbę w ograniczonym czasie. Wyzwania rozgrywają się w pięciu znanych lokacjach z kampanii (Lagoon, Hilltop, Canyon i inne), ale w zupełnie nowym kontekście.
Najlepszy pomysł? Startujesz pozbawiony wszystkich umiejętności. Odzyskujesz je stopniowo, znajdując losowo pojawiające się klejnoty. W jednym podejściu możesz szybko odblokować podwójny skok, w innym będziesz musiał improwizować bez niego. System ten, połączony z rozbudowanym katalogiem ulepszeń i bonusów, sprawia, że każdy run jest inny, a zabawa nie nudzi się nawet po dziesiątkach prób.
To właśnie tutaj widać geniusz Bananzowej mechaniki. Dynamiczne, fizyczne rozbijanie otoczenia, adaptowanie się do losowych mocy i presja czasu tworzą niesamowicie ekscytującą pętlę rozgrywki. Znane poziomy nabierają nowego sensu, stając się areną zręcznościowych wyzwań w duchu klasycznych arcade’ów. Trudność szybko rośnie, a satysfakcja z ledwo zdobytych szmaragdów – ogromna. To tryb idealny dla fanów – szybki, intensywny, zaskakująco głęboki i bardzo, bardzo wciągający.

Werdykt
DK Island & Emerald Rush to dosłownie dwie różne połówki. DK Island to uroczy, ale pusty fanservice, a Emerald Rush to błyskotliwy nowy tryb, który wynosi grę na wyższy poziom. Dyskusja o tym, czy ten content powinien znaleźć się w podstawowej wersji, jest jak najbardziej uzasadniona – wielu porównuje go do sytuacji, w której Nintendo sprzedawałoby Mushroom Kingdom z Super Mario Odyssey, ale bez żadnych Power Moons do zebrania.
Dla graczy, którzy już wycisnęli z głównej kampanii wszystko i chcą więcej, Emerald Rush to zakup obowiązkowy – daje nowy powód, by wrócić do jednej z najlepszych platformówek ostatnich lat. Dla bardziej casualowych fanów to sympatyczny, choć niekonieczny dodatek. Nie wprowadza nowej fabuły ani mechanik, ale dostarcza beczkę czystej, szalonej zabawy i wlewa świeżą energię w grę, która już wcześniej była znakomita.
