Root NationGryRecenzje gierRecenzja Donkey Kong Bananza – Król platformówek powraca

Recenzja Donkey Kong Bananza – Król platformówek powraca

-

Przez ostatnie lata często narzekałem, że „nie ma w co grać”. A raczej – nie ma gier, które by mnie naprawdę interesowały. Nintendo jednak jak zwykle nie zawiodło. Tam róg obfitości nigdy nie wysycha. Switch aż pękał w szwach od świetnych tytułów, a teraz przyszła pora na nową konsolę i jej pierwszego dużego platformera. Donkey Kong Bananza to nie tylko najważniejsza premiera tego lata – to poważny kandydat do gry roku. Brzmi śmiało? Sprawdźmy.

Donkey Kong Bananza

Donkey Kong przez długie lata nie łapał się do pierwszej ligi. Chociaż był jedną z pierwszych ikon Nintendo, długo pozostawał w cieniu. Dopiero w połowie lat 90. wrócił na scenę z serią Donkey Kong Country. Ale mimo kilku wyjątków, kojarzył się głównie z dwuwymiarową grafiką i retro-klimatem. Z jakiegoś powodu nie ufano mu na tyle, by stał się twarzą firmy. Bo przecież jest Mario, jest Yoshi. Jest Kirby. A Donkey Kong? Raz się pojawiał, raz znikał. Jego ostatnia – i najlepsza – gra to Donkey Kong Country: Tropical Freeze, która zadebiutowała jeszcze na przedostatniej konsoli, niemal dekadę temu. Ale mamy 2025 rok – i Kong wreszcie wskoczył do trzeciego wymiaru.

Jeśli graliście w Super Mario Odyssey, to od razu poczujecie się jak w domu. Podobna paleta barw, znajomy styl postaci i niekończąca się kreatywność. Nic dziwnego – nad Donkey Kong Bananza pracowali ci sami mistrzowie kodu, chociaż Nintendo niespecjalnie się tym chwaliło. Ale byłoby błędem traktować grę jak przeróbkę Mario z innym bohaterem. Fundamenty są zupełnie inne – tu chodzi o destrukcję świata. Zamiast skakania co do piksela, gra stawia na brutalną siłę Konga. Szczerze mówiąc, spokojnie można by podmienić go na Hulka i wiele by się nie zmieniło. Obaj stawiają na łomot, a to, jak wszystko wokół nich się sypie, ma w sobie coś bardzo satysfakcjonującego.

Przeczytaj także: Recenzja Sonic X Shadow Generations na Nintendo Switch 2 – Dynamiczny duet z przeszłości i przyszłości

Donkey Kong Bananza

Struktura Donkey Kong Bananza łączy klasykę z nowym podejściem. Mamy dobrze znany podział na biom: od dżungli, przez śnieżne krainy, aż po wulkaniczne czeluści. Ale zamiast odwiedzać kolejne planety jak Mario w Odyssey, Kong dosłownie rozbija dno własnego świata i schodzi coraz niżej – w stronę jądra planety. Twórcy chyba inspirowali się teorią pustej Ziemi, choć żadnych naukowych wyjaśnień nie uświadczymy. I dobrze. To gra o wielkiej goryli, która goni za bananami (a raczej – diamentami w kształcie bananów, z jakiegoś powodu). I tyle wystarczy.

Fabuła? Jest. I to bardziej rozbudowana niż w przeciętnym platformerze od Nintendo. Donkey Kong znowu poluje na banany – ale tym razem to Banandium Gems, czyli świecące jak choinka kosztowności. Po co? Nie wiadomo. W tle mamy jakąś bananową gorączkę złota, a do tego złowrogą korporację VoidCo., która systematycznie zatruwa świat. Brzmi niedorzecznie – i tak właśnie ma być.

Donkey Kong Bananza

Co ciekawe, tym razem Kongowi nie towarzyszy znana małpia ekipa. Zamiast tego u boku ma… młodziutką Pauline, którą możecie pamiętać z Super Mario Odyssey jako burmistrz New Donk City. W Bananza ma trzynaście lat i – podobnie jak Kong – pragnie dotrzeć do samego jądra planety. Choć z zupełnie innych powodów.

Brzmi absurdalnie? Trochę tak – ale to też jedna z najbardziej dopracowanych historii, jakie widziałem w platformówkach Nintendo. Największa różnica to fakt, że Pauline ma pełny dubbing. I nie jest to tylko kilka okrzyków – to pełnoprawna postać z charakterem, dowcipem i własnym urokiem. Jasne, jej komentarze potrafią się powtarzać, ale koniec końców to świetne uzupełnienie ekipy Nintendo. Jest tak dobrze napisana, że można by ją uznać za osobną postać, niezależną od dorosłej Pauline. I z chęcią zobaczę ją kiedyś w Mario Kart World.

Donkey Kong Bananza

Jeśli chodzi o sam scenariusz – klasyka. Prosty, zabawny i uroczy. Ale najważniejsze, wiadomo, to gameplay. I tutaj Nintendo po raz kolejny pokazuje, dlaczego w tej dziedzinie nie mają sobie równych. Donkey Kong Bananza nie tyle rewolucjonizuje, co konkretnie odświeża formułę. Już w Odyssey widać było próby zabawy z destrukcją otoczenia, ale tutaj pomysł ten urósł do pełnowymiarowej koncepcji. Jako fan Red Faction byłem zachwycony – choć zamiast wybuchów mamy tu raczej kreatywne burzenie świata wokół.

Każdy biom zbudowany jest z innych materiałów o różnej wytrzymałości. Drewno i ziemię Kong rozwala jednym ciosem. Kamień czy beton wymagają więcej zachodu. Fizyka nie ma nic wspólnego z realizmem, ale zasady są przejrzyste. Drzewa, pagórki, całe góry – nic nie jest bezpieczne przed Kongiem, który może kuć tunele, burzyć struktury i dowolnie modyfikować krajobraz. A żeby nie było nudno – wszędzie porozrzucane są skrzynie, monety, złoto i inne fanty. Służą do kupowania przedmiotów, urządzania bazy (więcej dekoracji = więcej żyć) i oczywiście – do odblokowywania strojów.

Przeczytaj także: Recenzja Xenoblade Chronicles X: Definitive Edition – Czy warto było czekać?

Donkey Kong Bananza

Banany służą za punkt doświadczenia – ulepszają zdolności bohatera. W trakcie gry Kong zdobywa też nowe formy, w tym na przykład… strusia. Tak, jest to dokładnie tak dziwne, jak brzmi.

Wizualnie gra prezentuje się świetnie. To na ten moment najefektowniejszy pokaz możliwości nowego sprzętu (od samego Nintendo). Chociaż nacisk nie jest na grafikę per se, a na płynność działania. Czy Bananza mogłaby działać na pierwszym Switchu? Może i tak – ale pewnie z czkawką i spadkami do 20 klatek. Tutaj mamy niemal żelazne 60 fps i obraz, który robi wrażenie nawet na dużym ekranie.

Werdykt

Mógłbym długo wymieniać, co sprawia, że Donkey Kong Bananza jest wyjątkowe. Mógłbym mówić o jej znaczeniu dla gatunku i o tym, jak mocno odstaje od konkurencji stylem, pomysłowością i tempem. Ale najważniejsze, co udało się Nintendo, to wlać w tę grę niesamowitą dawkę energii. Każdy cios to jak strzał dopaminy. To gameplay, który jednocześnie wydaje się znajomy – i kompletnie świeży. I to właśnie dlatego Nintendo wciąż rządzi.

OCENY WEDŁUG SEKCJI
Prezentacja
9
Dźwięk
10
Grafika
9
Optymalizacja [Switch 2]
9
Narracja
8
Mógłbym długo wymieniać, co sprawia, że Donkey Kong Bananza jest wyjątkowe. Mógłbym mówić o jej znaczeniu dla gatunku i o tym, jak mocno odstaje od konkurencji stylem, pomysłowością i tempem. Ale najważniejsze, co udało się Nintendo, to wlać w tę grę niesamowitą dawkę energii. Każdy cios to jak strzał dopaminy. To gameplay, który jednocześnie wydaje się znajomy – i kompletnie świeży. I to właśnie dlatego Nintendo wciąż rządzi.
Denis Koshelev
Denis Koshelev
Recenzent technologii, dziennikarz gier, entuzjasta Web 1.0. Od ponad dziesięciu lat piszę o technologii.
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Comments
Najnowsze
NajstarszeNajwięcej głosów
Mógłbym długo wymieniać, co sprawia, że Donkey Kong Bananza jest wyjątkowe. Mógłbym mówić o jej znaczeniu dla gatunku i o tym, jak mocno odstaje od konkurencji stylem, pomysłowością i tempem. Ale najważniejsze, co udało się Nintendo, to wlać w tę grę niesamowitą dawkę energii. Każdy cios to jak strzał dopaminy. To gameplay, który jednocześnie wydaje się znajomy – i kompletnie świeży. I to właśnie dlatego Nintendo wciąż rządzi.Recenzja Donkey Kong Bananza – Król platformówek powraca